Moja Prawda o jedzeniu

9/25/2017

Zaglądasz mi do talerza? Super! To miłe, że coś Cię zaskakuje, interesuje i chcesz wiedzieć więcej. Podpytaj, porozmawiaj, ale nie oceniaj. Moje wybory to MOJE wybory. Opowiem Ci, jak jem - nie musisz iść w moje ślady, ale proszę - nie krzycz, nie śmiej się, nie krytykuj, bez hejtu. Wypowiedz się, ale uszanuj. 

Gdy byłam dzieckiem, rodzice, nauczyciele - wszyscy starsi - narzucali mi, jak i co mam jeść. Buntowałam się. Karmiona przez tatę, wyrzucałam mięso za łóżko. Ziemniaków nie lubiłam, więc wyjadałam surówki. Czekałam na naleśniki, pierogi, ryż z chińskim sosem. Gdy mama pytała, co chcę na śniadanie - zawsze słyszała jedną odpowiedź: placki z jabłkami! Godziłam się jeszcze na chleb w jajku :)

Poźniej, gdy nieco podrosłam, byłam w drugiej klasie podstawówki, wymyśliłam sobie - nie wiem skąd i dlaczego: zostanę wegetarianką! Wiedziałam wtedy tylko tyle: wegetarianie nie jedzą mięsa. Więc w szkolnej stołówce wygrzebywałam mięso z sosu, ten sos jadłam oczywiście. Tak samo z zupami i innymi daniami. Pozbywałam się mięsa. I nie wiem skąd w ogóle przyszła mi myśl na niejedzenie mięsa. Może dlatego, że nie bylam chudzielcem i bardzo chciałam wtedy być mniej puszysta :) Oczywiście cała akcja szybko dotarła do moich rodziców i po tygodniu mojego "bezmięsnego" jedzenia - nakazano mi je jeść. Do tej pory mam lekki uraz do rodziców, że nie pozwolili mi wtedy samej o sobie zdecydować.

Zapomniałam o tym na lata, jadłam mięso. Później ktoś wtedy bliski otworzył mi oczy a może po prostu mi imponował? Z dnia na dzień zostałam wegetarianką. Poczułam się w końcu dobrze ze swoim jedzeniem. Moralnie dobrze. Oczywiście poźniej poszłam dalej - po zagłębieniu się w cały żywnościowy przemysł, odstawiłam jajka, mleko, nabiał. Dumnie przez 2 lata nazywałam się weganką. To STYL Życia - powtarzałam. Zdeterminowana, bojowa, tłumacząca i "przywracająca" wszystkim na dobrą drogę. Zawsze miałam dobry argument, kłóciłam się, z pogardą patrzyłam na tych, którzy nie przywiązywali takiej wagi do sprawy, jak ja! Zbuntowana weganka! Taka byłam.

Jak jest teraz?

Wpisywanie się do jakiegoś schematu, nazywanie diet, sposobów odżywiania - to już nie dla mnie. Kiedyś, gdy poznawałam kogoś nowego, rozmowa szybko przechodziła na temat jedzenia - określałam siebie jako wegankę. A przecież jestem kimś więcej niż tylko osobą, która je w określony sposób i wyznaje określone dla danej społeczności zasady. W pewnym momencie życia to było dla mnie kluczowe, jakby miało mnie określać. Chciałam chyba gdzieś przynależeć, wyróżnić się. Po pewnym czasie zrozumiałam, że przecież mam więcej niż tylko to. Do tego inni ludzie, nie określają się przy poznaniu - jestem mięsożercą, jestem bezglutenowa, jem to a tego nie albo wyznaję takie wartości a nie inne. Kiedyś określenie się w czymś pozwalało mi czuć się inną. Porzuciłam to.
Już nie nazywam się weganką, wegetarianką. Jestem sobą, Asią, która kocha roślinną kuchnię.

Oczywiście nadal nie jem mięsa. To się nie zmieni - chyba, że moje zdrowie, sytuacja bardzo poważna, będzie tego wymagało. Jednak moralnie, etycznie - nigdy.
Nie jem jajek, nie pije mleka, nie jem jogurtów. Jeśli gotuję sama - zawsze jest w 100% roślinnie.
Ale - właśnie to ale. Choć z jednej strony uważam, że to moja prywatna kwestia, to jednak z drugiej - uważam, że szczerość to wartość najwyższa. Zdarza mi się zjeść bardzo rzadko: coś zrobionego na maśle, zaprawionego śmietaną czy z serem. Zdarza się w sytuacjach różnych: u mamy, teściowej, na imprezie.

Z szacunku do osoby, jej serca włożonego w przygotowanie posiłku, z miłości jaką włożyła w zrobienie czegoś bez mięsa a na maśle, zjem to z największą przyjemnością!

Wartością nadrzędną jest dla mnie szacunek do posiłku, do jego przygotowania, włożonego serca. Bo przecież gdy ktoś coś przygotowuje, to nie jest to 20 minut stania nad patelnią. Ta osoba robi zakupy, myśli nad tym, co ugotować. Dodaje przyprawy, próbuje, stara się z całego serca, by to danie było smaczne. Podaje z nadzieją, że będzie dobre. I jeśli w tym w cieście czy plackach mamy znajdzie się jedno jajko na całą masę - to mam jej zrobić przykrość? Co jest ważniejsze? Zasady czy serce mamy? Ona się tego uczy, stara jak może.


To po pierwsze: szacunek do posiłku.

Po drugie: słucham siebie. Jestem sobą, nie wpisaną w schemat osobą. Czuję, co mi pasuje, po czym czuję dobrze, co jest dla mnie dobre i czego potrzebuje mój organizm.
Dojrzałam do mówienia: preferuję kuchnię roślinną. To jem na codzień. Nie jestem weganką, wegetarianką. Jestem kobietą, która kocha gotować z roślin. Szamanką.
To nie moda, to nie styl życia. To mój wybór tego, co mam na talerzu. Mój wybór, co podaje rodzinie i czym częstuję gości.

I zawsze będę szczerze nawoływać do kuchni roślinnej. Bogatej w smaki, zdrowej, smacznej.
I choć jedzenie jest jedną z najważniejszych kwestii w życiu, to nie powinno nas określać.
Niech przyświeca nam idea zdrowia i szacunku dla wszystkich istot, niwelowanie cierpienia, wzmacnianie miłości, wzajemna radość.
A jedzenie? Przede wszystkim większy szacunek do niego. To nie jest jedynie "podany posiłek" do zjedzenia, by zaspokoić głód. To posiłek przygotowany przez kogoś dla kogoś, z serca i miłości, wspólna celebracja, ważna chwila.

Znajdź siebie, bez określania się w grupie.







Zobacz inne

10 komentarzy

  1. Nareszcie ktos temat ujął dokladnie tak jak ja to czuję:)
    Ciągle miałam w glowie sprzeczności- czy isc za glosem serca i byc weganka w 100 a nie w 98 % czy...isc za glosem serca i nie odmawiac posiłku z uzyciem smietany czy jajek, w ktory ukochana osoba wlozyla tyle trudu. Teraz widze ze te 2 % mniej nie czynia mnie nieszczęśliwa a wlasnie odwrotnie bo cudownie jest zjesc czasem posilek ktory mija połówka przygotowala specjalnie dla mnie lub babcia mimo zmeczenia smazyla re nalesniki na mleku z twarozkiem:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przede wszystkim trzeba być szczerym ze sobą i czuć czy się robi dobrze czy nie, ale według własnych wartości - one nie muszą się wpisywać w ideologię. A naleśniki od babci to piękny dar z serca, więc najlepszym podziękowaniem jest ich zjedzenie :) Z radością!

      Usuń
  2. W punkt! Mam identycznie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo dobry tekst :) identyfikuje się z nim w 100 %.

    OdpowiedzUsuń
  4. dzięki za ten wpis :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo mądre słowa

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja też się pod tym podpisuję obiema rękoma. Mieszkam w Tajwanie, który jest jednym z najbardziej wegańskich/wegetariańskich krajów na świecie, a o roślinny obiad jest tu o niebo łatwiej niż w Polsce, mimo to zdarzyło mi się kilka razy być w sytuacji, kiedy nie śmiałabym odmówić zjedzenia czegoś niewegańskiego. Tajwańczycy słyną z życzliwości. Kiedyś w drodze na lotnisko okazało się, że zapomniałam karty przejazdowej na autobus, a kierowca nie dość, że pozwolił mi wejść na pokład bez płacenia, to jeszcze w połowie drogi wyskoczył do pobliskiej jadłodajni po lunchbox dla siebie i dwie duże parowane bułki dla mnie i mojego męża. Jako że byliśmy jedynymi pasażerami zachęcił nas do jedzenia w autobusie, czego nie można robić. Już przeczuwałam, że bułeczka będzie mięsna i faktycznie tak było (na szczęście z przewagą kapuchy). I niech mi ktoś teraz powie, że kierowcy, który nie dość, że przewiózł mnie za darmo, to jeszcze nakarmił, miałabym powiedzieć: "Nie, dziękuję, jestem weganką." Trudno byłoby mi wyobrazić sobie większą chamówę.

    OdpowiedzUsuń
  7. Piękny wpis! Bardzo dobrze Ciebie rozumiem. Ja jestem wegetarianką, choć nie lubię się szufladkować, bo zdarzają się przecież dni, a nawet tygodnie całkiem wegańskie. Zamiast na siłę udowadniać sobie (i innym?) swoją decyzję, wolę wsłuchać się w siebie. Tak trochę szamańsko, po mojemu ;)

    OdpowiedzUsuń

Vegespot.pl - Przepisy wegetariańskie

Wyszukiwarka przepisów:

Durszlak.pl