Gdy z lasu trafiasz do złotych tarasów - czyli zagubiona w tłumie

4/18/2017


Gdy z lasu trafiasz do złotych tarasów, do schodów ruchomych, wielu spojrzeń, do których przecież nie jesteś już tak przyzwyczajona. Czujesz, że się gubisz.

Byłabym hipokrytką gdybym do końca zjechała tłumne, gwarne i pełne pędzącego energią miasta życie. Bo przecież sama tak żyłam, może nie zawsze szczęśliwie, ale to pochłaniało na chwile. Hipokryzja byłaby zacna - bo czasami po prostu lecę w ten tłum, do ludzi, do ich energii, natłoku myśli, pustych twarzy, uśmiechów przebijających smutek.

Ale....

No właśnie ale...

Gdy z lasu trafiasz do złotych tarasów, do schodów ruchomych, wielu spojrzeń, do których przecież nie jesteś już tak przyzwyczajona. Czujesz, że się gubisz.
Wśród tych pędzących ludzi, kaw za 20 zł, pastelowych spódnic, eleganckich płaszczyków, szminek w 100 odcieniach, głowa zaczyna pękać. I błagać - wróć do ciszy.

I nie uważam żeby to było złe. Nie oceniam, obserwuję bardziej siebie. Jak to odbieram teraz, jak to odbierałam kiedyś. Doświadczam na innym poziomie dojrzałości. Może zdziczałam, może to po prostu starość. A może się zmieniam, odnajduję siebie i wybieram. Swój sposób na resztę życia.

Ok, chwila wyjaśnienia. Było to tak.

Z lasu wyjeżdżam z kilku powodów: jadę do pracy (ostatnio 3 razy w tygodniu, jednak wchodzę do auta, jadę, jestem w biurze i wracam), na zakupy, do rodziców, siłownia, ewentualnie jakaś rozrywka, znajomi. Niechętnie pcham się w tłum, chodzę między ulicami czy zwiedzam rejony. Masowe imprezy mnie nie jarają, shoppingi już dawno przestały być przyjemnością. Jeśli tłum, to bazar - warzywa, starocie. Może być kino, znajomi, domówka, wieczory przy winie.


Lubię patrzeć na miasto nocą, obserwując je też z samochodu, z korków. Gdzieś jakby obok.
Nie przeczę, że bywają dni, że jednak ciągnie - na manicure, do kina, na spacer po starówce, na jedzenie do Loving Hut albo do tigera, by pooglądać słodkie dodatki.
Czasem bywam pomiędzy, jak to zodiakalna Waga, próbuję znaleźć balans. Ale nie o tym miało być :) Znów wdarł się chaos. Wybacz.

Po tej długiej przerwie, po zimie przy kominku, spacerach w śniegu, wyszłam przypadkiem ze swojej strefy komfortu. Miasto ostatnio obserwowałam zza szyby. Samochodu. Stojąc w korkach. Czasem przejazdem, w sklepie. I po tej przerwie umówiłam się z przyjaciółkami. Z racji lokalizacji nas trzech padło na samo centrum. Złote tarasy.

Trafiasz tam, do tłumu. Wyobraź sobie, że zazwyczaj Twój wieczór to szukanie ciepła przy ogniu, rozmowy z psami i familijne seriale na Netflixie. A tu boom.
Trzy piętra (a może cztery?) pełne sklepów, cen, kolorowych ubrań, młodych a już zmęczonych życiem ludzi obsługujących zgorzkniałych klientów, niecierpliwych kolejkowiczów, cuchnących fastfoodów, idealnych pań, podstarzałych gości, stolików z jedną kawą i jabłuszkiem.

I pędzisz tak przez te schody, gubiąc się dwa razy, pędzisz bo już 18. Bo czekają. Ktoś Cię popycha, ktoś patrzy jakoś dziwnie. Czy ja trafiłam na Marsa? Czy to ten sam świat?
Dobra pędzę jak oni.
Lecę, zdążę. Ale i tak się spóźnię. Bach, lustro. Jeju znów chyba jestem nie tu gdzie być powinnam.

Zdążyłam, usiadłam, zjadłam, pogadałam. Ta chwila przy tym stoliku mnie uratowała. Myśli wróciły na swoje miejsce, skupienie przybyło po 15 minutach. Rzeczywistość tu i teraz.
I wszystko byłoby pięknie gdyby moje kochane przyjaciółki nie wpakowały mnie w niespodziewane bieganie po kilku sklepach. "A choć wymienię bluzki, potrzebuję szminki na czwartkową randkę, a przy okazji może kupię sobie spodnie". Jezuśku. Litości. Ja tu z lasu jestem.

Tak popatrzyłam na te piękne ubranka i nie powiem, że wcale nie przeszło mi przez myśl - może ta czerwona sukienka, hmm ciekawe jakby leżała. Odezwał się ten głos kobiety.
Jednak to nie był ten moment, bez nastawienia na zakupy popadam w irytację zachwiania planu.

Cierpliwie przeżyłam. Przetrwałam fizycznie tłum. I gdy wyszłyśmy, podreptałam na tramwaj, Z niego dobiegłam do Smarcika i gdy w nim już usiadłam. Uff, 40 minut i jestem w domu. Rozpalę w kominku i usiądę na chwilę.




Mam ciarki, gdy tak siedzę i myślę. Nad ludźmi z tych sklepów, nad oglądaniem ciuchów, nad chwilowymi przyjemnościami, konsumpcją bez sensu. Poprawą ego szpilkami.

Bo ludzie biegną w złym kierunku. Otaczają się namacalnymi dobrami, inwestują w zapchanie szafy. Żyją przepracowani, zmęczeni i wypaleni.

A gdyby tak to wszystko upadło? Gdzie byś poszedł i co byś zrobił?

Życie w tłumie a podążanie za nim to dwie różne rzeczy. Nie twierdzę, że każdy żyjący w aglomeracji pcha się na szczeble kariery i nie dba o osobisty rozwój. Przeraża mnie jednak ogół, kierunek, w jakim to idzie.

I miało być inaczej, trochę bardziej wesoło. A wpis jakiś taki melancholijny. Może to przez deszcz? :)






Zobacz inne

5 komentarzy

  1. Jestem z Bydgoszczy, miasta bardziej dużego niż małego, gdzie tłumy i to wszystko o czym piszesz, to codzienność. Przeniosłam się do takiego małego miasteczka, z dwoma sklepami spożywczymi, bez bloków i z lasem tuż za progiem. Cisza, spokój i swojskość. Uwielbiam to :) Choć czasami tęsknię za dużym miastem; wtedy wracam do niego na chwilę, wpadam w ten tłum i... Nie umiem z nim popłynąć. Obserwuję ciągle gdzieś spieszących się ludzi, którzy chyba już zupełnie zapomnieli, jak to jest uśmiechnąć się ot tak, dla samej przyjemności uśmiechania. I tak, kupię sobie tę czerwoną sukienkę i szpilki, i nawet wypiję kawę za dwadzieścia złotych, siedząc przy kawiarnianym stoliku przeglądając gazetę i patrząc... I wrócę do domu, do psów i kominka, usiądę na kanapie pod kocem i długo już tęsknić nie będę...
    :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie umiem z nim popłynąć - piękne słowa :) Dziękuję Ci za komentarz i za przeczytanie :) Widać, że myślimy troszkę podobnie :) Pozdrawiam z lasu ;)

      Usuń
  2. Hej Aśka, jak tak sobie patrze na Ciebie w tym gąszczu to za każdym razem przypominam sobie mój najmłodszy czas :) dzieciństwo na pustkach, na odludziu zwyczajnie w lesieeee. Jak będziesz kiedyś ciekawa jak to życie i jego przeżycie wygląda z perspektywy dziecka do 6 lat to się odezwij :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jestem ciekawa :) las mnie zachwyca i pociaga, ale jest w nim i coś grożnego.. Uwielbiam tę mieszankę.. Juz jako dziecko lubilam chodzic do lasu,ale zdecydowanie więcej czasu spędzłam biegając po łakach i polnych drogach z moimi psami.. Kiedyś, gdy bylam nastolatka marzylam by mieszkac w lesie..

      Usuń
  3. Jestem miejska weganka marzaca o swoim malym hostelu w gorach na starosc. ale dopoki jestem w miescie, hmmmmm. Najtansze ciuchy w promocji mozna zlapac w arkadii lub w zlotych, Mango vegan wykarmi za max 20 zl w hali koszyki czyli top obleganym fancy miejscu, itd. i co z tego? cieszymy sie tym co mamy tu na miejscu. Zazdroszcze Ci mozliwosci ucieczki w wiejskie klimaty, ale niestety obawiam sie ze wiekszosc z nas "z miasta" takiej mozliwosci przynajmniej na razie nie ma. i jest mi po prostu tak troche przykro, ze nie pomyslisz ze to wszystko nie jest takie proste jak Tobie sie z obecnej perspektywy wydaje.Ze moze polowa tych osob biegnacych wedlug Ciebie w zlym kierunku to po prostu osoby ktorych jeszcze nie stac (lub nigdy nie stac) na wlasna posiadlosc w dziczy ale ktore potrzebuja taniej bluzki na jutro. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Vegespot.pl - Przepisy wegetariańskie

Wyszukiwarka przepisów:

Durszlak.pl